wtorek, 6 czerwca 2017

ACZkolwiek - kocham życie!

Niedawno wpadła mi w ręce bardzo dobra książka. Taka nietypowa zdobycz z rowerowej wycieczki. Po pierwsze urzekła mnie jej okładka. Taka bajkowa i tajemnicza. Potem przeczytałam pierwszą stronę tej książki i przepadłam. Po prostu to było piękne. Podziałało na mnie bardzo inspirująco i chciałam się koniecznie dowiedzieć kto to napisał i czytać te słowa jeszcze raz i jeszcze raz. Chyba to dla tej pierwszej strony kupiłam tą książkę.

Autorką książki jest Asia Czapla, młoda, ambitna dziewczyna, chora na rdzeniowy zanik mięśni. Opisuje ona swoje życie, walkę z chorobą, swoje wzloty i upadki. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie siła tej dziewczyny. I nie chodzi tu o to, że choćby się waliło i paliło, Ona przyjmuje wszystko ze spokojem ducha i uśmiechem na twarzy. Ona upada i podnosi się. To na tym polega siła. Ta książka to świadectwo, że trzeba o siebie walczyć. W opisy codzienności wplecione są bardzo mądre słowa. Między innymi to, że to kondycja naszego umysłu warunkuje zdolność życia pełną piersią. Nasze ciało, ułomności nie mają nic z tym wspólnego. Liczy się głowa.


Dla mnie ta książka jest wielkim motywatorem. Pokazuje, że świat jest piękny, daje nam dużo możliwości i to my decydujemy jak go wykorzystamy. Czasem doświadczamy wielkiego cierpienia, smutku czy porażki. Nie poddawajmy się, szukajmy rozwiązania. Jak pisze w recenzji Ewa Błaszczyk - "od rozpaczy do nadziei jest droga długa i bolesna, ale warto na nią wejść". Mamy jedno życie i trzeba je wycisnąć jak cytrynkę, chociaż dla każdego znaczy to coś innego. Zostawiam Was z tą pierwszą stroną. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.




niedziela, 28 maja 2017

Współcierpiący

Parę tygodni temu, po bardzo długiej przerwie odwiedziliśmy z mężem moich teściów (mieszkają za granicą, od jakiegoś czasu kwestia swobodnego wyjazdu do nich mocno się skomplikowała, dlatego zwlekaliśmy z odwiedzinami). Ale to akurat nie ma tu aż takiego znaczenia.

Ci, którzy mają problemy z płodnością, pewnie doskonale wiedzą jak trudno się o tym mówi, jak ciężko wprowadzić kogoś w ten temat. Oczywiście dużo zależy od siły relacji i stopnia bliskości, niemniej jednak dla mnie mówienie o tym jest mega trudne.

Biorąc pod uwagę powyższe oraz rzadkie kontakty z teściami, rodzice nie wiedzieli zbyt wiele jak to u nas jest. Czasem delikatnie i pokrętnie podpytywali, ale jak wytłumaczyć to wszystko, kiedy widujemy się sporadycznie, a przy rozmowie przez Skype obecni są wszyscy domownicy? Czułam, że to nie jest w porządku. Jechałam do nich z nastawieniem, że trzeba im to wszystko jakoś choć trochę wyjaśnić. Na okazję nie musiałam długo czekać. Już pierwszego dnia naszego pobytu mama wykorzystała sytuację, że mój mąż gdzieś na trochę zniknął i zapytała wprost. Dobrze, że nie owijała. Starałam się jej to wszystko jakoś wytłumaczyć w sposób prosty i konkretny, nie wchodząc jednak zbytnio w szczegóły. Z jednej strony poczułam ulgę, z drugiej widziałam jak bardzo ją to dotknęło, jak zrobiła się przerażająco smutna. Mało mówiła. Do teraz widzę ten jej wyraz twarzy. Poczułam, że cierpi razem z nami, że nie chodzi o to, że Oni (teściowie) nie mają wnuków, ale że my nie mamy naszych dzieci.


Często myślę o tej rozmowie. My próbujemy sobie pomagać w tej trudnej sytuacji, mamy kilka dobrych źródeł, z których czerpiemy siłę (Duszpasterstwo, znajomi w podobnej sytuacji, warsztaty, grupa wsparcia, terapia), a oni? Zostali z tą informacją i nic za bardzo zrobić nie mogą. I smutno mi, że nasza niepłodność w jakimś stopniu dotyka też naszych bliskich.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Czy czuję się jak mamut? ;)

Kilka dni temu korespondowałyśmy z dziewczynami i padło stwierdzenie, że ze względu na (tu w zależności od opcji) czas starań o dziecko / staż małżeński / wiek możemy się czuć jak mamuty... Nie wypowiedziałam się wtedy. Rozumiem doskonale, o co chodzi, bo sama któregoś razu na spotkaniach DMPP ze zdziwieniem stwierdziłam, że mamy jeden z dłuższych staży małżeńskich i trochę dziwnie się poczułam. Ale nie czuję się jak mamut...

Dziś nasza 12. rocznica ślubu. I bardzo mi z tym dobrze. Choć nie wiem, kiedy to zleciało.
Z tym, że po prostu dobrze nam razem, że nie lubimy się rozstawać, że lubimy być tylko we dwoje, że możemy na siebie liczyć. Mamy swój rytm wypracowany przez te lata. A różniliśmy się i nadal różnimy, choć różnice też ewoluowały z czasem.

Od listopada 2015 roku (od rekolekcji z o. Jamesem Manjackalem)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Druga żona lub służąca, a może przygodny seks z nieznajomym...

 
Niedziela mijała leniwie. Przygotowując mięso do suszenia, włączyłam odcinek "Na dobre i na złe". Do szpitala trafiła bohaterka grana przez Edytę Olszówkę – kobieta po 40 z dolegliwościami kobiecymi. Jak się okazało – była w ciąży. Niespodzianej i upragnionej, o którą starała się wiele lat metodą "zmieniałam lekarzy i facetów", by w końcu "temu udało się za pierwszym razem". Historia oczywiście była trochę bardziej skomplikowana, jak na serial przystało, ale ta "nowoczesna" metoda starań o dziecko zwróciła moją uwagę. Taki znak dzisiejszych czasów (?).

Kiedyś kobiety podsuwały mężowi płodną służącą (zawsze miałam sporo wątpliwości, czytając historię Sary) albo same oddawały się służącemu lub innemu mężczyźnie, by zajść w ciążę (to i dziś takie "na czasie").

Na jednym z blogów podróżniczych* trafiłam na taki opis:

Dobry Allach ograniczył nam możliwość ożenku do czterech kobiet. Ale niemal nikt z tego nie korzysta. Zaledwie dwadzieścia pięć procent mężczyzn w Zjednoczonych Emiratach Arabskich ma więcej niż jedną żonę. A ja osobiście nie znam nikogo, kto miałby więcej niż dwie. [...] A ci, którzy się na to decydują, zazwyczaj robią to z jednego powodu – ich pierwsza żona nie może mieć dziecka. Zamiast się rozwodzić, bierze drugą żonę i kocha je obie. Wszyscy są zadowoleni.

I wypowiedź żony:

Nie mamy nic przeciwko temu. Sama bym wybrała mojemu mężowi drugą żonę, gdybym była bezpłodna. Wcale nie byłabym o nią zazdrosna i traktowałabym ją jak siostrę – wyszeptała dziewczyna i oddała mikrofon mężczyźnie.

Wszyscy są zadowoleni? Nie byłabym zazdrosna??? Żart chyba...

Po raz kolejny stwierdziłam, że mam, zdecydowanie mam, za co dziękować Bogu! (wiem, wiem, powtarzam się 😉) Za to, że jestem katoliczką, że urodziłam się w Polsce i zostałam wychowana w wierze, za sakrament małżeństwa, za Męża, który mnie kocha, szanuje i wspiera, i którego ja kocham, szanuję i wspieram...

Nie mam dylematów typu – pojawi się druga żona, kochanka, surogatka (o tym też się dziś słyszy)...

Łatwo tego nie docenić, bo wydaje się takie oczywiste... Ale im więcej przyglądam się temu, co dzieje się współcześnie – też w sferze relacji, seksualności, (bez)dzietności, tym bardziej widzę, jak wiele dobra otrzymałam i otrzymuję. Otrzymujemy. Jak ważne jest to, co mamy.  I jak wiele nam daje życie w bliskości z Bogiem. 

*dzieckowdrodze.com (sic!)