Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 maja 2017

Współcierpiący

Parę tygodni temu, po bardzo długiej przerwie odwiedziliśmy z mężem moich teściów (mieszkają za granicą, od jakiegoś czasu kwestia swobodnego wyjazdu do nich mocno się skomplikowała, dlatego zwlekaliśmy z odwiedzinami). Ale to akurat nie ma tu aż takiego znaczenia.

Ci, którzy mają problemy z płodnością, pewnie doskonale wiedzą jak trudno się o tym mówi, jak ciężko wprowadzić kogoś w ten temat. Oczywiście dużo zależy od siły relacji i stopnia bliskości, niemniej jednak dla mnie mówienie o tym jest mega trudne.

Biorąc pod uwagę powyższe oraz rzadkie kontakty z teściami, rodzice nie wiedzieli zbyt wiele jak to u nas jest. Czasem delikatnie i pokrętnie podpytywali, ale jak wytłumaczyć to wszystko, kiedy widujemy się sporadycznie, a przy rozmowie przez Skype obecni są wszyscy domownicy? Czułam, że to nie jest w porządku. Jechałam do nich z nastawieniem, że trzeba im to wszystko jakoś choć trochę wyjaśnić. Na okazję nie musiałam długo czekać. Już pierwszego dnia naszego pobytu mama wykorzystała sytuację, że mój mąż gdzieś na trochę zniknął i zapytała wprost. Dobrze, że nie owijała. Starałam się jej to wszystko jakoś wytłumaczyć w sposób prosty i konkretny, nie wchodząc jednak zbytnio w szczegóły. Z jednej strony poczułam ulgę, z drugiej widziałam jak bardzo ją to dotknęło, jak zrobiła się przerażająco smutna. Mało mówiła. Do teraz widzę ten jej wyraz twarzy. Poczułam, że cierpi razem z nami, że nie chodzi o to, że Oni (teściowie) nie mają wnuków, ale że my nie mamy naszych dzieci.


Często myślę o tej rozmowie. My próbujemy sobie pomagać w tej trudnej sytuacji, mamy kilka dobrych źródeł, z których czerpiemy siłę (Duszpasterstwo, znajomi w podobnej sytuacji, warsztaty, grupa wsparcia, terapia), a oni? Zostali z tą informacją i nic za bardzo zrobić nie mogą. I smutno mi, że nasza niepłodność w jakimś stopniu dotyka też naszych bliskich.

czwartek, 23 marca 2017

Cykliczność uczuć i postaw

Od czasu do czasu bywa źle, bardzo źle. Pojawia się poczucie bezsensu, brak mi nadziei. Złość i zazdrość, łzy, zmęczenie – wiem, wiem, mam do tego prawo! 

Potem przychodzi trochę lepszy czas, próba zrozumienia i myśl, że Bóg wie lepiej. 

Czasem  bywa całkiem nieźle – kiedy szukam w tym wszystkim tzw. „dobrych stron”. Dochodzę nawet do stwierdzenia „Jest dobrze! Jestem szczęśliwa w tym co mam”. Aż trudno uwierzyć! 

A potem wszystko znika. Znowu jakaś „trudna sytuacja” rozdziera mnie na pół ( i kilka dni wyjętych z życia).


To właśnie ja. Te same nastroje, uczucia i emocje pojawiają się cyklicznie. Ciężko przerwać tę serię. Kiedyś myślałam, że te etapy można przerobić, zamknąć i zostawić za sobą. Coś nie wychodzi. Do czego mi to potrzebne…? JESZCZE nie wiem!

piątek, 23 grudnia 2016

Życzenia Świąteczne


Kochani,

Życzymy Wam wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia, chwili zapomnienia o tęsknotach, otwarcia na Boży plan i pomyślnego Nowego Roku.

A do życzeń jeszcze wierszyk ks. Jana Twardowskiego :)

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
w Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
by wszystko się nam rozplątało,
węzły, konflikty, powikłania.

Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły
jak na choince barwnej świeczki.

Niech anioł podrze każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego,
i niech nastraszy każdy smutek,
tak jak goryla niemądrego.

Aby się wszystko uprościło -
było zwyczajne - proste sobie -
by szpak pstrokaty, zagrypiony,
fikał koziołki nam na grobie.

Aby wątpiący się rozpłakał
na cud czekając w swej kolejce,
a Matka Boska - cichych, ufnych -
na zawsze wzięła w swoje ręce.

wtorek, 15 listopada 2016

Jeszcze modlę się o CUD

Od dawna już nie modlimy się z mężem o dziecko. Raczej prosimy o rozeznanie naszej drogi i powołania. Tak w ogóle to mam wrażenie, że przez wszystkie te lata mało żarliwie modliliśmy się w tej intencji. Prosiłam Boga, żeby zabrał to pragnienie, żeby dał mi siłę na resztę bezdzietnych dni. Do tego stopnia „odpuściłam”, że jak parę tygodni temu znajoma zapytała mnie jak sobie wyobrażam naszą przyszłość to odpowiedziałam jej, że po tym czasie bezowocnych starań to raczej już bez dzieci. Chyba przestałam wierzyć, że to możliwe. Jakieś wątłe pragnienie jednak cały czas jest. Z resztą, nasi najbliżsi też chyba postawili na nas kreskę. Usłyszałam od babci (tej wierzącej i rozmodlonej), że trudno, że widocznie tak ma być, że powinniśmy się z tym pogodzić i cieszyć się sobą. Było mi strasznie przykro, bo po tych słowach domyśliłam się, że pewnie nie mamy już co liczyć na modlitwę z jej strony w tej intencji.

sobota, 22 października 2016

Nie wszystko w życiu musi iść gładko

Przez te wszystkie problemy z płodnością ciągle odczuwam jakieś niezadowolenie z mojego życia. Chciałabym, aby było inne. Poszukuję atrakcji i spektakularnych zdarzeń. Co i rusz przychodzą mi nowe pomysły, sposoby na życie. Niestety, a może na szczęście, to tylko mało poważne plany, które nie mają szansy zrealizowania się. Brakuje mi odwagi i determinacji, a to z kolei mocno mnie frustruje. I tak od kilku tygodni pojawia mi się myśl, że może właśnie ta trudna i nudna rzeczywistość to najlepsze co może mnie spotkać! W pierwszym momencie taka myśl to dla mnie totalne głupstwo, ale im dłużej o tym myślę, zaczynam się przekonywać, że coś może w tym jest. PAN BÓG PRZECIEŻ WIE LEPIEJ! Oczywiście, że nie mam na to wszystko zgody! Brakuje mi rozeznania! Nie widzę jeszcze w tym sensu! Może to tylko taki chwilowy zwrot, pewnie za jakiś czas znowu zmieni mi się nastawienie. Ostatnio co i rusz wychodzą u nas jakieś mało przyjemne sytuacje i tęsknię za tą nudą sprzed kilku tygodni. Wczoraj zamówiłam za nas mszę bo czuję, że coś dziwnego się dzieje. W związku z tym wszystkim ostatnio modlę się fragmentem z „Małego Księcia” Antoine’go de Saint-Exupéry - jest w nim wszystko co w tym czasie chce Panu Bogu powiedzieć:

Panie, nie modlę się o cuda ani o wizje, proszę tylko o siłę na moje dni. Naucz mnie sztuki małych kroków.
Uczyń mnie bystrym i zaradnym, abym potrafił dokonywać ważnych odkryć i nabywać doświadczeń wśród różnorodności każdego dnia.
Pomóż mi lepiej wykorzystywać mój czas. Obdarz mnie zmysłem odróżniania tego co ważne od tego, co nieistotne.
Modlę się o siłę dyscypliny i umiaru, nie tylko aby przejść przez życie, ale i po to by przeżywać swoje dni pożytecznie, i dostrzegać niespodziewane przyjemności i wzloty.
Uchroń mnie przed naiwną wiarą, że wszystko w życiu musi iść gładko. Daj mi trzeźwe rozpoznanie, że trudności, porażki, wpadki, niepowodzenia są nam dane przez samo życie, byśmy mogli wzrastać i dojrzewać.
Ześlij mi właściwą osobę we właściwym czasie, która będzie miała dość odwagi i miłości, aby mówić prawdę!
Wiem że wiele problemów rozwiązuje się bez mojej pomocy, więc proszę, naucz mnie cierpliwości.
Wiesz jak bardzo potrzebujemy przyjaźni. Uczyń mnie godnym tego najpiękniejszego, najtrudniejszego, najbardziej ryzykownego i kruchego daru życia.
Daj mi tyle wyobraźni, abym mógł dzielić się z innymi odrobiną ciepła, we właściwym miejscu, o właściwym czasie, poprzez słowa czy w milczeniu.
Oszczędź mi strachu przed przegapieniem czegoś w życiu.
Nie dawaj mi tego co wydaje mi się że pragnę, lecz to czego naprawdę potrzebuję.

Naucz mnie sztuki małych kroków!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Adopcji mówię stanowczo NIE ?



Słowo adopcja budzi we mnie różne emocje. Nie dopuszczam na dłużej do siebie myśli, że moglibyśmy adoptować dziecko. Tematu raczej unikam. Nawet czytając książki dotyczące starań o dzieci i związanych z tym problemów, omijam rozdziały mówiące o adopcji. To chyba ze strachu.

Ponad dwa lata temu miałam taki czas, że dużo o tym myślałam. Nie byliśmy całkiem gotowi, ale rozważaliśmy to. Może dlatego, że byliśmy blisko z naszymi znajomymi, którzy z entuzjazmem przygotowywali się do tego procesu. Mieliśmy z mężem nawet taki plan, że jak przyjedzie do Polski na urlop (pracował wtedy przez rok za granicą) to wybierzemy się do ośrodka adopcyjnego, żeby czegoś więcej się dowiedzieć. Sprawy się trochę pokomplikowały, mąż na urlop nie przyjechał, a po jego powrocie do Polski po dość krótkiej rozmowie zdecydowaliśmy, że nie jesteśmy gotowi i zamykamy temat.

I tak było przez cały ten czas. Aż do momentu wpisu, który zamieściła na blogu Ewa. Zaczęłam więcej o tym myśleć. Na początku byłam zła, że ten temat wraca. Nie chcę tego dotykać! Kilka dni potem rozmawialiśmy z mężem o adopcji. Trochę dziwna to była rozmowa, bo czułam, że żadne z nas nie chce się przed sobą przyznać, że dopuszcza taką możliwość, że może nawet czasem trochę chce. Tu zawsze mi się włącza rozkładanie wszystkiego na części pierwsze i szukanie konkretnej, jasnej odpowiedzi. Wiem, że adopcja to trudna decyzja. Chyba miałabym problem z pokochaniem dziecka adopcyjnego. I wtedy postawiłam sobie pytanie: chcesz mieć dziecko czy być matką? Bo jeśli tylko to pierwsze, to trochę słabo! Jeśli jednak chcę być matką to czy nie powinnam być bardziej otwarta na adopcję? Jak to właściwie powinno być? (no takie moje tunelowe rozumowanie). A może ma zostać tak jak jest, żeby nie skrzywdzić siebie i innych? 

niedziela, 28 sierpnia 2016

W poszukiwaniu sposób na życie



Przychodzi czasem taki czas, kiedy brak potomstwa nie jest aż tak uciążliwy, kiedy głowę zajmują inne sprawy. Zastanawiam się wtedy jak dobrze przeżyć życie bez żalu, frustracji i poczucia braku spełnienia. Czy to w ogóle możliwe po nieudanych staraniach o dziecko?

Myślę sobie wtedy, że potrzebuję jakiegoś niebanalnego sposobu na dobre przeżycie życia bez dzieci. Czasem ponosi mnie moja wyobraźnia. Mam tak szalone pomysły, że pewnie niejedna osoba mocno popukałaby się w głowę, gdyby je usłyszała. Niestety, większość z nich pozostaje w sferze marzeń, bo może tak jest bezpieczniej, bo ich realizacja wiązałaby się z konkretnymi zmianami i wielką życiową rewolucją. 

Od dawna już dręczy mnie pytanie czy zamężna kobieta po etapie nieudanych starań o dziecko może jeszcze czuć się prawdziwie szczęśliwa i spełniona? Czy istnieje coś porównywalnego z macierzyństwem, czy coś może z sukcesem wypełnić ten brak? Wiele osób twierdzi, że bycie matką to najwspanialsza rola w życiu kobiety, że to sens jej istnienia. Nie mam dzieci, więc się z tym nie zgadzam! To niemożliwe! Musi być coś zamiast!
Parę dni temu szukałam odpowiedzi na moje pytanie przeglądając internet. Znalazłam wiele historii. Najwięcej jest oczywiście takich, w których  bezdzietne kobiety wspaniale się realizują i rozwijają - są szczęśliwe bez dzieci, bo tak naprawdę nigdy nie chciały ich mieć. Taką podjęły decyzję i tego się trzymają. Oczywiście nie o to mi chodzi, ale poczułam, że trochę im zazdroszczę, bo ominęły je te wszystkie mało przyjemne sprawy związane z nieudanymi staraniami. Nie mniej było też historii o długich i trudnych staraniach, które zakończyły się poczęciem lub adopcją. I to też nie jest to!

Na razie nie znalazłam tego czego szukałam, a bardzo przydałaby mi się taka historia. Nie znam dobrej odpowiedzi, nie mam pomysłu jak zapełnić tę lukę. Wiem, że nie ma gotowej recepty, że niestety to bardzo indywidualna kwestia. Pozostaje szukać dalej.

piątek, 29 lipca 2016

Obok mnie dzieją się wielkie rzeczy!



Dodarło do mnie jak wiele ważnych spraw odrzucam, nie zwracam na nie uwagi albo trochę na przekór mówię „ Nie! Po co? Niech inni się tym zajmą! To nie dla mnie”. Po prostu stoję obok nie wykazując większego zaangażowania. Często mi się to zdarza.

W zeszłym tygodniu w naszej parafii, tak jak w wielu innych, przeżywaliśmy ŚDM w diecezjach. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co się w tym czasie działo. Ci wszyscy ludzie z różnych stron świata. Byli wprost niesamowici w swojej modlitwie, sposobie bycia, otwartości . Wiele trudu ich kosztowało, aby tu przyjechać. A my tak blisko… nie zrobiliśmy prawie nic…

O ŚDM mówiło się już przecież od bardzo dawna. Co jakiś czas słyszeliśmy w kościele, że potrzebne są osoby do pomocy, że będzie organizowany wyjazd do Krakowa. Jakoś wtedy zupełnie mnie to nie ruszyło. Nasze zaangażowanie sprowadziliśmy jedynie do przyjęcia pielgrzymów. Jak patrzyłam na to wszystko co się działo w parafii w ostatnim tygodniu, było mi żal, że mój udział jest tak mały, że przecież jeszcze w tylu rzeczach mogliśmy pomóc, że dobrowolnie wybrałam rolę obserwatora. Czegoś zabrakło – odwagi, ochoty? A może ciągle czujemy się jacyś gorsi, wycofani i niezdolni do pewnych rzeczy?

Mimo to jesteśmy wdzięczni za ten czas, za to, że w naszym domu było nas wreszcie więcej niż tylko dwoje. Z przyjemnością wstawałam rano godzinę wcześniej niż zwykle (uwielbiam spać  więc wstawanie rano jest dla mnie czymś okrutnym), aby przygotować śniadanie. Wieczorami czekaliśmy na naszych pielgrzymów z kolacją, która zwykle kończyła się grubo po północy. Ciężko było się rozstać. Pożegnanie było trudne i rzewne. Trochę nie rozumiałam o co chodzi. Przecież to tylko kilka wspólnych dni, a właściwie to poranków i wieczorów. Uświadomiłam sobie jednak, że był to czas, który mocno odbiegał od naszej zwykłej codzienności, że skupialiśmy się na czyś innym niż nasze braki i problemy. Mogliśmy dać coś z siebie innym, zatroszczyć się o kogoś jeszcze. To tęsknota za tym, aby taka właśnie była nasza codzienność.

Może z tej tęsknoty Pan wybuduje coś większego…
A może to dla mnie jakaś lekcja, aby otwierać się na to co wydaje się "nie dla mnie", aby nie stracić życia, którego i tak jest we mnie mało.

środa, 8 czerwca 2016

WIARY mi trzeba na te dziwne czasy



Odkrywam ostatnio, że bardziej niż czegokolwiek brakuje mi dziś WIARY. Różne, z pozoru małe wydarzenia z ostatnich kilku tygodni wyraźnie na to wskazują. Trochę mnie to zmroziło, bo przecież JESTEM WIERZĄCA! Rekolekcje radiowe, w których biorę udział i z którymi jednak trochę się męczę, bo medytacje nie idą tak jakbym chciała, też mi to pokazały.

W kogo wierzę ? W jakiego Boga? Czy ufam mojemu Bogu? Czy wierzę, że On wszystko może, że to On daje życie? Czy naprawdę wierzę? Na poziomie rozumu tak, w sercu już jednak zdecydowanie mniej. 

W medytacjach powraca Przypowieść o synu marnotrawnym. Po raz pierwszy odebrałam tę przypowieść w inny niż do tej pory sposób. Jestem porażona jaką Miłością obdarza Bóg swoje dzieci. Nie wierzyłam w taką MIŁOŚĆ.

Nie wiem jak to będzie dalej, ale mam mocne pragnienie WIARY. Wczoraj usłyszałam: „Już samo pragnienie powoduje, że nie jesteś na początku, ale już w połowie drogi, a Pan jest wierny!”. Tego będę się trzymać!

PROSZĘ O WIARĘ
Stukam do nieba
proszę o wiarę
ale nie o taką z płaczem na ramieniu
taką co liczy gwiazdy a nie widzi kury
taką jak motyl na jeden dzień
ale
zawsze świeżą bo nieskończoną
taką co biegnie jak owca za matką
nie pojmuje ale rozumie
ze słów wybiera najmniejsze
nie na wszystko ma odpowiedź
i nie przewraca się do góry nogami
jeżeli kogoś szlag trafi 

P.S.
Jak zawsze bezcenne teksty Księdza Jana.